Monday, May 30, 2011

Stumilowy Las

W weekend jezdzilismy rowerami po Stumilowym Lesie. Takim z Kubusia Puchatka, tajemniczym i (prawie) bezkresnym. Wszedzie, gdzie spojrzec, rosna drzewa, rowniutko jedno kolo drugiego. Na dole kroluje zielen, ktora pewnie za pare tygodni sie zaniebiesci dojrzalymi jagodami.


Tylko czasami jakas brzoza nie chce pnac sie do gory i zgina sie w pol tworzac naturalny luk - niemy symbol buntu przeciwko naturze.

Dluzsza separacja z rowerem i 62km przejechane po Roztoczu daly o sobie znac. Po sobotniej jezdzie niedzielne przedpoludnie uplynelo pod znakiem spacerowania. Tylna czesc ciala mogla odpoczac od siodelka...

I koncowy wniosek z weekendu - musze kupic maly idiotenaparat. Zdjecia robione komorka sa do niczego a duzego taszczyc wszedzie mi sie nie chce.

Friday, May 27, 2011

Jedzie wiosna!

Wczesny wieczór w Amsterdamie, planów brak. Coffee shopy już nie kręcą tak, jak kiedyś, muzeum marihuany nudne, muzeum seksu niewiele lepsze, oba odwiedzone parę lat temu a na kolejne wizyty sie nie zanosi. Dzielnica czerwonych świateł wygląda karykaturalnie, pełna podpitych obślinionych Brytyjczyków wpatrujących sie w silikony. Czasami przemyka jakiś nieśmiały chlopak w sweterku i za dużych okularach.

Włóczę się bez celu ulicami a wiosna, troche spóźniona, atakuje z każdej strony. I to dosłownie, trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby uniknąć z nią bliskiego spotkania trzeciego stopnia. Przemyka z zawrotną  prędkością raz z lewej, raz z prawej strony, czasami jedzie prosto na mnie, innym razem dzwoni na mnie z tyłu. Zdjęcia wiosny w biegu wychodzą niewyraźnie, tylko te zrobione podczas jej chwilowego postoju wyglądają znośnie.



A w okolicach Damu namiastka lata – trwa mecz piłki plażowej na wielkiej piaskownicy wysypanej na chodniku. Po chwili wiosna upomina się o swoje prawa, spada deszcz i przegania wszystkich z boiska.

Po deszczu sztuczne kwiatki na rowerach wyglądają jakby bardziej kolorowo.



Monday, May 23, 2011

Kolumbia - podsumowanie

Wrocilismy. W ciagu ponad dwoch tygodni przejechalismy autobusami pare tysiecy kilometrow, zjedlismy mase jajek na sniadanie, wypilismy hektolitry sokow owocowych, rozegralismy kilkanascie partii bilarda.

Wedlug sloganu reklamowego jedyne ryzyko w Kolumbii jest takie, ze nie chce sie stamtad wyjezdzac. Cos w tym jest, przez caly pobyt nie czulismy sie ani przez moment zagrozeni. Przestepstwa, ulewne deszcze i powodzie nawiedzajace podobno caly kraj widzielismy tylko w internecie i gazetach. Za to matrix przed naszymi oczami pokazywal cudowna pogode, milych i pomocnych ludzi i fantastyczne krajobrazy.

Ostateczna trasa podrozy wyszla jak ponizej:



Przykladowe koszty zalaczone sa tu.

A teraz czas zaczac planowac nastepny wyjazd :-)

Saturday, May 21, 2011

Slone pozegnanie z Kolumbia

Ostatni dzien w Kolumbii to wizyta w miejscowej Wieliczce czyli kopalni soli w Zipaquira a w szczegolnosci w wydrazonej w jej wnetrzu katedrze. Miejsce to trudno nazwac zabytkiem, bo ma dopiero 15 lat i z formalnego punktu widzenia nie jest wcale katedra (glowny kosciol w Zipa jest w centrum miasta) ale i tak robi spore wrazenie.

Jej poprzedniczka byla niewiele starsza, powstala w latach 50. ubieglwgo wieku. Przetrwala 50 lat, gornicy solni nie mieli chyba wiele doswiadczenia w budownictwie sakralnym i z powodu bledow konstrukcyjnych stara "katedra" zaczela sie walic. Zamknieto ja a paredziesiat metrow nizej wydlubano "katedre" wersja 2.0, termin przydatnosci do uzycia ma byc podobno dluzszy niz 50 lat. 




Jakby ktos oczekiwal wielkich przezyc religijnych, moze rozpoczac od stacji drogi krzyzowej, rozmieszczonych w chodniku prowadzacym w glab kopalni. Potem przejscie do samej katedry i ani kroku dalej bo tuz za rogiem czaja sie sklepy z pamiatkami, szmaragdami, kawiarnia, kino 3d i sala konferencyjna - podziemny odpust.

Zeby pozostac w slonym klimacie powinnismy teraz na pozegnanie uraczyc sie tequilla, ale happy hour w hotelu nie obejmuje tego alkoholu. Bedzie w takim razie pinacolada i martini, za zupelna darmoche :-)

Friday, May 20, 2011

El Dorado

Wbrew temu, co powiedzieli nam spotkani po drodze inni turysci, Bogota nie jest ladnym miastem. Cale szczescie, ze zostawilismy sobie je na koniec i tylko na jeden dzien, inaczej pewnie padlbysmy z nudow. Z tego jednego dnia sporo czasu spedzilismy w muzeum zlota (wstep 3000 COP czyli jakies 5 PLN!) i to bylo jedne z najlepiej wydanych 5 zl w moim zyciu :-)

Lokalizacja muzeum jest jak najbardziej na miejscu, to wlasnie niedaleko Bogoty lezy jezioro Guatavita, ktore dalo poczatek legendzie o El Dorado. Tam lokalni wladcy wedlug legendy skladali dary, wrzucajac zloto i szmaragdy do wody. Zwyczaj ten zostal zaprzestany na dlugo przed Kolumbem ale biali, lasi na bogactwa, na rozne sposoby probowali dotrzec do skarbu (szacowanego w XIX w. na 300 milionow owczesnych USD). Poki co oszuszanie jeziora czy nurkowanie przynioslo mizerne rezultaty, zloto caly czas czeka na swoich wydobywcow (jezeli w ogole tam jest). 

A muzeum i tak robi wrazenie, wiekszosc eksponatow pochodzi nie z jeziora tylko z calej Kolumbii i jest najwieksza tego typu kolekcja na swiecie.




Zamilowanie do zlota pozostalo Kolumbijczykom do dzis, w Bogocie jest mase sklepow jubilerskich. A w ramach kontrastu jest rownie duzo zebrakow i bezdomnych, w zadnym innym miescie w tym kraju nie widzielismy czegos takiego. Gdzie indziej jest moze biedniej, ale blagania o pieniadze czy ludzi spiacych na ulicach nie spotkalismy az do dzisiaj.

Kolumbijskie Lapidarium II

Czesc druga luznych obserwacji o Kolumbii:
- rozmowy z ulicznych aparatow telefonicznych musza byc megastresujace - na wyposazeniu aparatu jest zapalniczka, mozna odpalic papierosa, zaciagnac sie i zrelaksowac.


- a jak ktos ma obiekcje przed stosowaniem aparatow stacjonarnych to zawsze moze skorzystac z budki telefoniczno-komorkowej.


- uaktualnienie w sprawie grobow: niektore przypominaja kabiny prysznicowe - plastikowe przeszklone drzwi, w srodku niebieska glazura a na podlodze terakota.
-  wedle mniemania lokalnych taksowkarzy paliwo musi byc strasznie drogie. Czekajac na pasazerow pod dworcem autobusowym w Cartagenie kierowcy maja wylaczone silniki i przepychaja swoje samochody do przodu w miare posuwania sie kolejki.
- a policjanci oszczedzaja paliwo w inny sposob - jezdza rowerami lub dorozkami :-)


Thursday, May 19, 2011

En este pueblo no hay ladrones

Pare dni temu przeczytalem krotkie opowiadanie Marqueza pod tytulem "En este pueblo no hay ladrones". W wielkim skrocie rzecz byla o kradziezy bil bilardowych z lokalnego klubu - sprawa z pozoru blaha ale dopiero teraz zorientowalismy sie jak powaznym przestepstwem jest cos takiego.

W mniejszych miejscowosciach klub bilardowy to centrum wszechswiata. Tutaj poznym popoludniem zbieraja sie mieszkancy, zeby zrelaksowac sie po trudnym dniu. Niektorzy przychodza prosto z pola, w ubloconych kaloszach i brudnym ubraniu, inni ubrani sa bardziej wieczorowo. Jedni podchodza do sportu profesjonalnie, maja wlasne kije i specjalne rekawiczki na reke, drudzy sa raczej amatorami. Piwa pije sie niewiele, kroluje kawa.


Czytajac opowiadanie zastanawialem sie, jak w prosty sposob ukrasc parenascie bil. Odpowiedz jest prostsza, niz by sie to wydawalo. W Kolumbii nie gra sie w wersje bilarda znana u nas, o wiele bardziej popularny jest tzw. karambol czuli wersja z trzema bilami i bez luz. A taka ilosc bil zabrac ze soba nietrudno.

Pod scianami przy stolikach siedza zwolennicy gry w karty, oni sa jednak w zdecydowanej mniejszosci.

Trzeba przyznac, ze kluby bilardowe to miejsca zdecydowanie seksistowskie, odwiedzaja je niemal wylacznie mezczyzni. Dyskryminacje widac nawet na przykladzie toalet - meska to z reguly wneka w scianie, z pisuarem, zaslonieta kawalkiem materialu i darmowa. Kobiety chcac skorzystac z pelnej wersji toalety musza placic.

Wieczor bilardowy konczy sie raczej wczesnie. Kolo 21 gracze powoli rozchodza sie do domow, w koncu nastepnego dnia trzeba wstac rano i znowu ciezko pracowac.