Tuesday, June 21, 2011

Podróże kształcą

... nawet te londyńskim metrem. Można z dokładnością co do minuty prześledzić cały przebieg bitwy pod Waterloo, poznać historie życia księcia Wellington (w tym celu polecam stacje Hyde Park Corner)...

Przejście podziemne do Hyde Park Corner
...lub też przyswoić niezwykle cenną informacje o stanie oświetlenia lokalnych mostów w 1793r - podobno było tak ciemno, że można było w całkowitej dyskrecji uprawiać na nich seks.

W drugiej lini warszawskiego metra królować pewnie będą mniej frywolne informacje a i strona graficzna będzie pewnie uboższa.

Monday, June 13, 2011

A to Polska wlasnie...

Podczas różnych wyjazdów zwiedzaliśmy meczety, świątynie buddyjskie, cerkwie. Dla równowagi trzeba też było odwiedzić jakis kościół katolicki, na zasadzie "cudze chwalicie, swego nie znacie". A jak już zwiedzać, to cos specjalnego. Wybór był prosty: Licheń. Rozszerzenie horyzontów i doznania socjologiczne za jednym zamachem. Wszechświat równoległy, z ludźmi, których nie spotykamy na codzień. Kojarzony raczej z obrońcami krzyża i ciemnogrodem, niechęcią do TVN i Wyborczej, alergicznym stosunkiem do liberalizmu. Idealne miejsce na spędzenie niedzieli.

Licheń to narodowy katolicyzm w pełnej krasie. Stężenie pomników religijnych na m² jest ogromne, słowo "ojczyzna" deklinowane jest na wszelkie możliwe sposoby, kicz przesłania Boga.

Ogrom nowego kościoła poraża i według mnie zupełnie nie pasuje do okolicy. To mniej więcej tak, jakby ktoś w Wąchocku zbudował Empire State Building, z całym szacunkiem dla Wąchocka. W środku aż kapie od pseudo-barokowego przepychu, mieni się złotem. Całość ma robić wrażenie na odwiedzających i sądząc po minach pielgrzymów właśnie tak jest.

     

Wszystko nawiązuje do katolickiej historii Polski. Jest kaplica św. Jadwigi, szczerbiec Chrobrego, nawet ławki są stylizacją husarii (wiadomo, kto pobił wrednych muzułmanów pod Wiedniem).


Potem jest jeszcze ciekawiej. Jeden ze świętych pomników przypomina z twarzy Budde, dolepiono mu tylko skrzydła. Droga krzyżowa najeżona jest kapliczkami poświęconymi aborcji, nałogom. Ludzie robią sobie na niej zdjęcia z cierpiętniczymi figurkami w tle a potem idą na lody. Zamiast wywoływać refleksje wszystko przypomina raczej jedną wielką groteskę.
Tuż za murami wielki bazar. Na straganach wiszą majtki, staniki, obok klapki i balony. Kebab i bar piwny. W alejce za rogiem wystawa obrazów: jeleń na rykowisku sąsiaduje z papieżem, zza trójwymiarowego wodospadu wystaje fragment świecącej Matki Boskiej. Ta ostatnia przerabiana jest nawet na butelki na wode święconą, w różnych kolorach i wzorach, a jej korona służy za korek...


To miejsce zupełnie mi nie pasuje, wolę malutki drewniany kościółek gdzieś w górach. Pieniądze o wiele lepiej wydać na pomoc biednym, bezdomnym, samotnym matkom itd. Ale religia to jednak opium dla ludu, a lud lubi błyskotki....

Saturday, June 11, 2011

Supersyrenka

Czasami chodzac wieczorem po miescie mozna natknac sie na znane obiekty w troche niecodziennej aranzacji.

Sobotni wieczor spedzony wyjatkowo w Warszawie, w planie bylo odwiedzenie nowej fontanny warszawskiej, podobno najdrozszej w Europie (o tym bedzie w ktoryms z przyszlych wpisow).

Wracajac do domu natknelismy sie na najdrozsza Syrenke Europy, Supersyrenke odporna na wszystko, z wyjatkiem kryptonitu.


Z taka obrona miasto moze spac spokojnie, tarcza rakietowa jest zbedna.

Tuesday, June 7, 2011

Na Zachodzie bez zmian

W Singapurze sezon na króliki trwa jeden rok. We Frankfurcie o wiele dłużej.

Parę lat temu wracałem wieczorem z kina, wieczór był taki piękny, że szedłem piechotą :-). Trasa bardzo dobrze znana, prowadziła przez mały park, cztery ścieżki na krzyż, parę krzewów, placyk zabaw dla dzieci i parenaście ławek. W pewnym momencie na trawniku coś zaczęło się ruszac, kicać... Pierwsza myśl była prosta - to zwidy z powodu wina (są jeszcze na tym świecie normalne kraje, gdzie w cywylizowany sposób można wejść na projekcje z butelką piwa albo kieliszkiem wina...). Druga myśl to głos zdrowego rozsądku - po jednym kieliszku zajęcza fatamorgana występuje jednak niezbyt często.
Zające były w 100% prawdziwe i prawie udomowione. Nie zwracały uwagi na ludzi, chyba że podeszło się na mniej niż 10 metrów - wtedy odkicaly dalej nie przestając wcinac trawy czy liści. Przyzwyczaiły się do samochodów, metra wyjeżdzającego nieopodal nich na powierzchnię, psów wyprowadzanych w parku na spacer czy małych dzieci stawiającyc sobe za punkt honoru pociągnięcie ich za uszy. Żywy dowód na symbiozę natury z cywilizacją.

Dziś znowu przechodziłem przez ten sam park, króliki cały czas tam urzędują, w liczbie sześciu sztuk. Pewne rzeczy na tym świecie nie zmieniają się wcale.

Frankfurt w dalszym ciągu wygląda tak samo, jak parę lat wcześniej, także nocą:





Monday, May 30, 2011

Stumilowy Las

W weekend jezdzilismy rowerami po Stumilowym Lesie. Takim z Kubusia Puchatka, tajemniczym i (prawie) bezkresnym. Wszedzie, gdzie spojrzec, rosna drzewa, rowniutko jedno kolo drugiego. Na dole kroluje zielen, ktora pewnie za pare tygodni sie zaniebiesci dojrzalymi jagodami.


Tylko czasami jakas brzoza nie chce pnac sie do gory i zgina sie w pol tworzac naturalny luk - niemy symbol buntu przeciwko naturze.

Dluzsza separacja z rowerem i 62km przejechane po Roztoczu daly o sobie znac. Po sobotniej jezdzie niedzielne przedpoludnie uplynelo pod znakiem spacerowania. Tylna czesc ciala mogla odpoczac od siodelka...

I koncowy wniosek z weekendu - musze kupic maly idiotenaparat. Zdjecia robione komorka sa do niczego a duzego taszczyc wszedzie mi sie nie chce.

Friday, May 27, 2011

Jedzie wiosna!

Wczesny wieczór w Amsterdamie, planów brak. Coffee shopy już nie kręcą tak, jak kiedyś, muzeum marihuany nudne, muzeum seksu niewiele lepsze, oba odwiedzone parę lat temu a na kolejne wizyty sie nie zanosi. Dzielnica czerwonych świateł wygląda karykaturalnie, pełna podpitych obślinionych Brytyjczyków wpatrujących sie w silikony. Czasami przemyka jakiś nieśmiały chlopak w sweterku i za dużych okularach.

Włóczę się bez celu ulicami a wiosna, troche spóźniona, atakuje z każdej strony. I to dosłownie, trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby uniknąć z nią bliskiego spotkania trzeciego stopnia. Przemyka z zawrotną  prędkością raz z lewej, raz z prawej strony, czasami jedzie prosto na mnie, innym razem dzwoni na mnie z tyłu. Zdjęcia wiosny w biegu wychodzą niewyraźnie, tylko te zrobione podczas jej chwilowego postoju wyglądają znośnie.



A w okolicach Damu namiastka lata – trwa mecz piłki plażowej na wielkiej piaskownicy wysypanej na chodniku. Po chwili wiosna upomina się o swoje prawa, spada deszcz i przegania wszystkich z boiska.

Po deszczu sztuczne kwiatki na rowerach wyglądają jakby bardziej kolorowo.



Monday, May 23, 2011

Kolumbia - podsumowanie

Wrocilismy. W ciagu ponad dwoch tygodni przejechalismy autobusami pare tysiecy kilometrow, zjedlismy mase jajek na sniadanie, wypilismy hektolitry sokow owocowych, rozegralismy kilkanascie partii bilarda.

Wedlug sloganu reklamowego jedyne ryzyko w Kolumbii jest takie, ze nie chce sie stamtad wyjezdzac. Cos w tym jest, przez caly pobyt nie czulismy sie ani przez moment zagrozeni. Przestepstwa, ulewne deszcze i powodzie nawiedzajace podobno caly kraj widzielismy tylko w internecie i gazetach. Za to matrix przed naszymi oczami pokazywal cudowna pogode, milych i pomocnych ludzi i fantastyczne krajobrazy.

Ostateczna trasa podrozy wyszla jak ponizej:



Przykladowe koszty zalaczone sa tu.

A teraz czas zaczac planowac nastepny wyjazd :-)