Monday, September 9, 2013

Bośnia i Hercegowina - podsumowanie

Trudno jeździć po Bośni i Hercegowinie i nie potykać się co chwile o pozostałości po ostatniej wojnie. Trudno nie patrzeć na ten kraj przez pryzmat wydarzeń sprzed dwudziestu lat skoro nawet pamiątki sprzedawane na straganach przypominają o tym, co działo się tu niedawno.



Ale BiH to nie tylko turystyka pielgrzymkowa i militarna, ten kraj zasługuje na wiele więcej uwagi niż poświęca się mu jadąc tranzytem na plaże do Chorwacji. Po parunastu litrach wypitej kawy i wina, kilogramach zjedzonych burków, baklawy pochłoniętej w ilościach powodujących cukrzyce stwierdzam zdecydowanie, że trzeba tu będzie jeszcze wrócić.


Trasa wyjazdu:


Pokaż Bośnia i Hercegowina na większej mapie

a przykładowe ceny są tu.


Saturday, September 7, 2013

Sarajewo

Blokada Leningradu wpisała się na stałe do legendy II Wojny Światowej, w wielu starszych książkach opisywana jest jako najdłuższe oblężenie miasta w nowożytnej historii wojennej. Podręczniki trzeba będzie napisać na nowo, dwadzieścia lat temu o cały rok ten niechlubny rekord pobiło Sarajewo. 

Dwie dekady to jednocześnie dużo i mało, nie wszystkie ślady wojny udało się zatrzeć. Na miejscu drzew porąbanych na opał wyrosły nowe. Dziury po kulach nie znikają tak szybko, szczególnie te wydrążone w metalu albo betonie. 


Niektóre elementy topografii miasta zmieniły się na stałe, szanse na powrót do stanu oryginalnego są raczej niewielkie. Trudno wyobrazić sobie jakiekolwiek zawody sportowe na dawnych terenach olimpijskich przekształconych później w cmentarze. 
Inne miejsca pełnią nadal swoją dawną funkcję i tylko stylizowane plamy czerwonej farby albo odłamki starych pocisków wbite w chodnik przypominają o tym, że w tym miejscu gineli kiedyś ludzie. 



Nowe "atrakcje" wpisały się na stałe w turystyczną mapę miasta. Jedną z najliczniej odwiedzanych jest podziemny tunel łączący kiedyś oblężone Sarajewo z pozostałymi terenami Bośni. Wykopany ręcznie, mający ponad 300 metrów przekop pod płytą lotniska przechodziło codziennie parę tysięcy ludzi transportując do miasta 30 ton jedzenia, broni, papierosów. Do tego kable elektryczne i woda gromadząca się często w tunelu; przeciętne przejście z jednej stronu na drugą trwało dwie godziny i wyzwalać musiało niezłą dawkę adrenaliny.


 Podobno tylko krowy nie udalo się zachęcić do zejścia pod ziemie, zdesperowany właściciel pomalował ją na biało, dodał czarne litery UN i pozorując ją na oficjalny inwentarz ONZ przegnał po płycie lotniska do miasta. 

Ogromne wrażenie robi galeria 11/07/95 poświęcona Srebrenicy. Już przy wejściu skonfrontowani jesteśmy z czarną ścianą, na której białymi literami wypisane są imiona i nazwiska ponad 8 tyś zamordowanch Bośniaków. Potem są ponure czarno-białe zdjęcia, film dokumentalny, zeznania świadków nagrane po oswobodzeniu enklawy. Ciężko wytrzymać tu dłużej, za to bardzo łatwo stracić wiarę w człowieczeństwo.


I aż szkoda, że te wszystkie smutne rzeczy przysłaniają wcześcniejszą parusetletnią historię Sarajewa, zabytki z czasów osmańskich i cesarsko-królewskich.

Friday, September 6, 2013

Dzisiejsza młodzież

Dzisiejsza młodzież jest wygodna. Przynajmniej ta bośniacka, mieszkająca do niedawna w Lukomirze. Wioska zamieszkała od stuleci, dawniej odcięta od świata przez pare miesięcy każdej zimy opustoszała gwałtownie parę lat temu gdy wreszcie zbudowano do niej drogę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki prawie cała młodsza część społeczności wyniosła się do Sarajewa albo okolic. Starsza część trzyma się dzielnie, choć raczej im nie do śmiechu; życie na tym końcu świata nie należy do najłatwiejszych.



W ciągu lata można jakoś przeżyć sprzedając nielicznym turystom ręcznie robione skarpetko-buty. Z końcem sezonu ruch na szlaku zamiera zupełnie, źródło dochodu wysycha i nic już nie trzyma nikogo w tym miejscu. Wioska pustoszeje do następnej wiosny.

Średnia wieku ludzi spotkanych przez nas w to lato w Lukomirze to grubo ponad 60 lat. Za parę lat z wioski zrobi się pewnie opustoszały skansen tradycyjnego bałkańskiego życia.

Wednesday, September 4, 2013

Backup

Mostar ma kopię zapasową wszystkiego. Dwa dworce autobusowe, dwa uniwersytety, dwa szpitale, dwa kluby piłkarskie. Najbardziej zróżnicowane etnicznie miasto Hercegowiny cały czas podzielone jest pomiędzy Bośniaków i Chorwatów i żadna z nacji niespecjalnie ma ochotę korzystać z infrastruktury drugiej strony. 

Słynny most jest co prawda jeden, odbudowany z pomocą międzynarodowej społeczności. Uliczki Starego Miasta są pełne turystów i na pierwszy rzut oka wszystko wygląda pięknie. Ale wystarczy spojrzeć w górę żeby zobaczyć wielki biały krzyż postawiony już po wojnie na wzgórzu, z którego wcześniej chrześcijańska artyleria chorwacka ostrzeliwała bośniackich muzułmanów. Trudno o bardziej wyraźny symbol podziału. 

Rozwiązania są dwa. Czarny humor, widoczny choćby na koszulkach sprzedawanych na bazarze:


...albo upływ czasu. Nekrologom różnych religii jakoś nie przeszkadza, że wiszą obok siebie, może z czasem ta tolerancja przejdzie na żywych ludzi.


Monday, September 2, 2013

J 2, 13-16. Mk 11, 15-17

"Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!»"
J 2, 13-16.


 
"I przyszedł do Jerozolimy. Wszedłszy do świątyni, zaczął wyrzucać tych, którzy sprzedawali i kupowali w świątyni powywracał stoły zmieniających pieniądze i ławki tych, którzy sprzedawali gołębie, i nie pozwolił, żeby kto przeniósł sprzęt jaki przez świątynię. Potem uczył ich mówiąc: «Czyż nie jest napisane: Mój dom ma być domem modlitwy dla wszystkich narodów, lecz wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców»".
Mk 11, 15-17.



To ja się pytam, kiedy Jezus przyjdzie do Medjugorje?

Sunday, September 1, 2013

The End

Prawdziwego mężczyznę poznaje się podobno po tym, jak kończy. Można rozszerzyć to stwierdzenie na wszystkich przedstawicieli homo sapiens, to jak kończymy związki mowi o tym, jacy jesteśmy.

Koniec potrafi być ironiczny i przybrać formę szamponu intymnego używanego później do czyszczenia szkła:


...agresywny, włącznie z porąbaniem mebli eks-partnerki na podpałkę do ogniska...


 ...nowoczesny, na miarę XXI wieku, z archiwum chatu do wglądu...


...albo żałośnie-erotyczny, przybierający formę pluszowych kajdanek, majtek z cukierków czy sztucznych piersi, które on kazał zakładać jej podczas stosunku.


Koniec może symbolizować stare żelazko, przyrząd do masażu głowy, pluszowy krab, urwane lusterko od samochodu, frisbee albo nawet ołtarzyk od pierwszej komunii (w tym ostatnim wypadku chodzi raczej o zerwanie związku z Bogiem a nie z drugim człowiekiem).

Muzeum Zerwanych Związków w Zagrzebiu stworzyli ludzie z całego świata, przekazując mu jako eksponaty rzeczy kojarzące się im z rozstaniem. To taka mało kosztowna forma terapii pozwalająca pogodzić się z przeszłością.
Dla tych, którzy są jeszcze przed końcem ale nie wiedzą jak to powiedzieć też się cos znajdzie - pocztówki zdrapki dające drugiej stronie do zrozumienia, że ciąg dalszy nie nastąpi.


Ciekawe, czy przed walentynkami ich sprzedaż rośnie czy maleje?



Monday, August 26, 2013

Dramat-farsa w kilku aktach

Miłość Romea do Julii to mały pikuś w porównaniu z tym, na jakie cierpienia wystawiony jest w Weronie miłośnik opery. 
Początki uczucia sa jak zwykle superoptymistyczne. Człowiek cieszy się jak wariat na możliwość obejrzenia Aidy wystawianej w starym ale dobrze zachowanym rzymskim amfiteatrze. Dyryguje Placido Domingo, trudno sobie wyobrazic lepsze warunki do delektowania się operą. Nawet duża kolejka do wejścia i prawie dwugodzinne czekanie na rozpoczęcie spektaklu nie przeszkadzają tak bardzo (lekcja na przyszłość: warto wziac ze soba butelkę wina, zakrzywiającego czasoprzestrzeń, wtedy z parugodzinnego oczekiwania robi się pare minut). 

21:00, gasną reflektory na widowni, dookoła zapalają się świeczki, na scenę wchodzą aktorzy, orkiestra zaczyna grać, słychać wersy pierwszego aktu. 


W tym momencie zaczyna się dramat. Na początku niewinnie, parę kropel deszczu spada z nieba, orkiestra kończy grać, muzycy w pośpiechu zabierają instrumenty i uciekają pod dach. Śpiewacy podążają za nimi, z megafonów rozlega się głos spikera informującego o przerwaniu przedstawienia i prośbę o cierpliwość; ciąg dajszy nastąpi jak tylko przestanie padać. 
Ale przestać nie chce. Przez pierwsze parenaście minut większość ludzi zostaje na widowni, kończą wino albo kupują nowe od sprzedawców kursujących pomiędzy rzędami. Obok wina duże wzięcie mają foliowe peleryny. Mijają minuty, deszcz się nasila. Co mniej odporni na moknięcie udają się w kierunku schodów i chowają się pod dachem. Porządkowi kierują tłumem tak, żeby znalazło się tam miejsce dla wszystkich. 

22:00, deszcz pada już od godziny, końca nie widać. Nikt z obsługi nie wie, co będzie dalej, padają luźne uwagi o tym, że czekać możemy nawet do 23, dopiero po dwóch godzinach organizatorzy mogą podjąć decyzję o niekontynuowaniu spektaklu. 

Mijają minuty, dramat powoli zamienia się w farsę. Każda z osób z obsługi ma swoją wersję tego, co będzie dalej. Młoda panienka kontrolująca bilety twierdzi, że decyzja o odwołaniu spektaklu jest już podjęta organizatorzy zastanawiają się tylko, czy zwracać pieniądze za bilety. W myśl regulaminu jest to możliwe tylko wtedy, kiedy opera nie rozpoczęła się wcale a w naszym przypadku tak nie jest, widzieliśmy przecież całe pięć minut pierwszego aktu. Decyzja ma być podjęta za mityczne "dziesięć minut", taką odpowiedź otrzymujemy parę razy w przeciągu ponad pół godziny. Mniej cierpliwi idą do domu, bardziej zdesperowani idą na drinka mając nadzieję na rychłe zakończyenie całej sprawy. 

23:00, chodzą plotki, że deszcz ma niedługo przestać padać. Panie w eleganckich sukniach i panowie w drogich garniturach płacący paręset euro za bilety w pierwszych rzędach z wdziękiem przeskajują pomiędzy kałużami albo cierpliwie czekają na dalszy rozwój sytuacji. 

23:30, wracamy na widownie. Cały czas kropi, tam gdzie wcześniej siedziała orkiestra utworzyło się małe jezioro, wszędzie walają się mokre poduszki, porwane foliowe płaszcze, zepsute parasole. Nastroje na arenie bardziej wzburzone niż w kuluarach, słychać gwizdy, buczenie, niecenzuralne okrzyki, głównie w obcych językach. Brakuje tylko rac świetlnych i byłoby jak na meczu piłki nożnej. 

23:45, spiker ogłasza, że według stacji meteorologicznej deszcz ma niedługo ustać. Na scenę wchodzą chłopcy z mopami i zaczynają wycierać podłogę. Syzyfowa praca, bo zamiast przestać padać jak na złość deszcz się nasila. Organizatorzy sprawdzili chyba prognozę pogody dla Włoch pod Warszawą...

0:20, spiker daje za wygraną i obwieszcza ostatecznie odwołanie opery. Panienki z obsługi z uśmiechem na ustach kierują nas do kasy znajdującej się na przeciwko amfiteatru, tam mamy dostać zwrot za bilety. Kasa oczywiście jest zamknięta a przy wejściu utworzył się spory tłum. 

0:40, poddajemy się i po bezowocnym czekaniu na otwarcie kas decydujemy się wracać do domu.

Historia zakończyła się połowicznym happy endem. Zamiast oddać pieniądze organizator zaoferował wymianę na dowolne przedstawienie w amfiteatrze w ciągu najbliższych trzech lat. 

Morały z tej historii są dwa. Pierwsze primo: na przedstawienie w amfiteatrze werońskim jest sens iść tylko gdy prognoza pogody nie zapowiada żadnych opadów. Drugie primo: jeżeli organizator może bez skrupułów drwić sobie w ten sposób z publiczności, a ona daje sobą tak pomiatać, to nie ma się co dziwić, że w tym kraju przez ładnych parę lat na stanowisku premiera utrzymywał się podstarzały lowelas z przeszczepionymi włosami - przeciw niemu też prawie nikt nie protestował.